Temu noclegowi postanowiłam poświęcić osobny wpis, po pierwsze dlatego że miejsce było naprawdę bajeczne i najlepsze ze wszystkich a po drugie dlatego, że (w odróżnieniu od poprzedniej wyprawy) nareszcie mieliśmy czas na odpoczynek.
W sumie to nie wiem czy dam radę oddać klimat tego co zobaczyliśmy. Zdjęcia stanowią może promil ogólnego wrażenia.
Jedziemy, podziwiamy przepiękne widoki Joshua Tree, nagle skręcamy w piaszczystą drogę i naszym oczom ukazuje się wielki, ogrodzony teren na którym panuje ogólny, urokliwy rozgardiasz. Kilka przyczep, dwie chatki i cała masa rozmaitych rupieci wszelkiej maści. Jest nawet niewielki basen! Tu będziemy nocować. W oddali widzimy burzę piaskową a niebo przecinają błyskawice, słychać grzmoty.
Wszystko staje się jeszcze piękniejsze, gdy zaczynamy dostrzegać detale: stare sofy, fotele, odrapane metalowe krzesła oraz wysokie stołki barowe, dziurawe wiklinowe kanapy, turkusowa kuchnia, lodówka i kuchenka z lat 60-tych, pierdylion bibelotów, tu narzuta, tam hamak, wanna na zewnątrz, totemy, porcelanowe figurki, sombrera – nic do siebie nie pasuje a jednocześnie idealnie współgra i pasuje, podkreślając magię tego miejsca. Mamy nawet prywatny saloon ze stołem bilardowym. Kontrastu dodaje fakt, iż w każdej zamkniętej przestrzeni jest klimatyzacja i telewizor, mamy też internet
Niebywałe.
Wieczorem wszystko rozświetlają małe lampeczki, owiewa nas ciepły wiatr, jest 25 stopni, żadnych dokuczliwych insektów, siedzimy nad basenem, pijemy wino i śpiewamy przy dźwiękach gitar i ukulele. Nad nami przepiękne, rozgwieżdżone niebo (widać drogę mleczną) oraz nietoperze, które przecinają powietrze z prędkością światła. Jesteśmy w raju – nie mamy co do tego najmniejszych wątpliwości.



















