No dobra – muszę to przyznać: Las Vegas nocą jest po prostu WOOOW. Zajechaliśmy pod hotel około północy (hotel Vdara). Otrzymaliśmy wielkie, ekskluzywne apartamenty na 31 piętrze z widokiem na przepiękną panoramę miasta (nam akurat trafił się apartament narożny i widok był jeszcze bardziej zachwycający). Jak na elegancki hotel przystało samochody zostały odprowadzone na parking a nasze bagaże zostały zabrane osobno do dostarczenia do apartamentu. Szybki prysznic, chwilę czekania na bagaż (dłuższą chwilę) i ruszamy w miasto!
Cel nadrzędny dla mojej Aliśki – naleśniki z nutellą. Musi się udać w końcu Vegas nigdy nie zasypia.
Głodni wrażeń szybko zostaliśmy sprowadzeni na ziemię. Chciałoby się pójść tu i tam, ale to nie Marszałkowska i piesi mają tu niewielkie możliwości. Chodnik kończy się niespodziewanie, idziemy chwilę szerokim krawężnikiem tuż obok samochodów, który także się kończy i trzeba przełazić przez barierkę. Ponownie znowu chodnik nie prowadzi w kierunku w którym chcemy podążać, możemy przejść po schodach i potem kładką. Scenariusz powtarza się jeszcze kilka razy.
Zapachy, muzyka, sporo ludzi i mnóstwo, mnóstwo świateł. Miasto nie śpi, ale nie wszystko jest otwarte i jak się okazuje nie możemy znaleźć naleśników.
Zaczepia nas podchmielony koleś – rodak ze Śląska
Miło pogadaliśmy chwilę. Wracamy. Może da się dojść do wyznaczonego celu, ale jest trzecia nad ranem i po upalnym Death Valley opuszczają nas siły. Pomimo, iż nie odeszliśmy za daleko od hotelu, powrót okazał się niemałym wyzwaniem. Ponieważ regularnych chodników brak, okazuje się, że właściwa droga prowadzi przez budynki (centra handlowe i hotele). Drepczemy więc wielkimi korytarzami, wyściełanymi dywanami, obok witryn, recepcji, kasyn. Kasyna to głównie automaty – kolorowe, migające. Tylko gdzieniegdzie widać krupierów przy stołach do blackjack lub ruletce. Winda, schody, korytarz w prawo, korytarz w lewo – znów nie wiemy gdzie jesteśmy. Uprzejmy ochroniarz, spytany o drogę pomaga nam i prowadzi nas drogą (lepszą z punktu widzenia wózka dziecięcego). Prowadzi nas prawie tą samą trasą, którą do niego dotarliśmy. Zostawia nas przed wejściem, tłumacząc jak mamy iść dalej. Idziemy kładką do następnego budynku i znów gubimy się w korytarzach.
Znów pytamy, znów przechodzimy przez kasyno, znów się gubimy.
Do apartamentu docieramy po czwartej, pełni emocji, więc sen nie przychodzi od razu. Widok za oknem nieustannie nas oczarowuje.
Rano cały czar pryska. Wiedzieliśmy, że tak będzie, dlatego zdecydowaliśmy się na nocną eskapadę. Miasto jest teraz zwykłą, aczkolwiek ciekawą metropolią, ale atmosfera już nie ta.
Zamawiamy pancakesy do naszego apartamentu (wreszcie możemy spełnić marzenie Ali)
Przy łóżku mamy tablet ze wszystkimi informacjami o hotelu, z możliwością kontaktu z obsługą, z możliwością zamówienia posiłku. Obsługa uwija się w 10 minut. Wszystko pięknie podane. Ala wniebowzięta.
Apartamenty musimy zwolnić do 12-stej.
Wrzucamy bagaże do samochodu i idziemy jeszcze zobaczyć Bellagio – jeden z najbardziej ekskluzywnych hoteli w Vegas. Tam jemy śniadanio-obiad, bo przed nami znowu droga.
Na marginesie dodam, że wzięłam się na sposób i bloga ogarniam z trasy. Odcinki są kilkugodzinne – w sam raz na popracowanie
BELLAGIO




































